„Agora” (2010)

reż. Alejandro Amenábar

Do tej pory prorokiem stadionowego kina samczych gestów i pierwotnych porykiwań był Ridley Scott, ale jak widać pandemia dotknęła też europejskich protest-reżyserów. Poza tą wyraźną inspiracją „Gladiatorem”, „Agora” nie różni się wiele od włosko-niemieckich filmów biblijnych i dla ateistycznych widzów TVNu stanowi niezłą opcję na wielkanocny seans (courtesy of Ewa Maciejewska).

2 / 5

obejrzane w marcu 2010

„Serial Mom” (1994)

reż. John Waters

Waters o kilka miesięcy (kwiecień kontra sierpień) wyprzedził „Natural Born Killers” Stone’a i choć jego filmowi trudno zarzucić przenikliwość wizji czy błyskotliwość diagnozy, „Serial Mom” stanowi kolejną strofę quasi-oskarżenia, które autor „Różowych flamingów” kieruje pod adresem Ameryki. Inna sprawa, że samego Watersa fascynacja przemocą fascynuje i zachęca do jej eksploatowania. Pod naiwnym obrazem i czerstwymi żartami kryje się więc nielicha METANARRACJA, a fakt, że rolę ostatniej ofiary zagrała Patty Hearst stanowi niezłe „WOW!”.

2.5 / 5

obejrzane 1 kwietnia 2010

„The Ghostwriter” (2010)

reż. Roman Polański

Ristorante Funghi dr. Oetkera mnogością dodatków i dyskretną stylizacją opakowania próbuje przekonać nas, że jest pełnowartościowym produktem, ale wszelkie pozytywy przesłania zasadniczy fakt: mamy do czynienia z mrożonką.

1.5 / 5

obejrzane w lutym 2010

„Public Enemies” (2009)

reż. Michael Mann

Nienawidzę tych nowych filmów akcji. Operator myśli, że jak będzie tłukł kamerą o ścianę i filmował spod ramienia bohatera stojącego w trzecim rzędzie to film zyska  na realizmie. Parafrazując Andrzeja Żuławskiego: Panie, jak Pan idziesz po ulicy to też ci się tak oczy trzęsą?!

1.5 / 5

obejrzane w 2009 r.

„Miami Vice” (2006)

reż. Michael Mann

Fenomen tego gościa (stałe miejsce na prestiżowych listach najlepszych reżyserów) jest dla mnie niezrozumiały: przecież to grubociosany wyrobnik o łapskach pracownika rzeźni, którego najodważniejszą decyzją artystyczną były wąsy Colina Farrella w „Miami Vice”. Życzę powodzenia w kolejnych projektach z Tomem Cruisem! Do zobaczenia nigdy.

2 / 5

obejrzane w wakacje 2006

„Heat” (1995)

reż. Michael Mann

Błaszczyk jest mistrzem trafnych skojarzeń (i sympatycznych pomyłek, ale to inna sprawa), a o „Gorączce” powiedział: „Emerycki film telewizyjny z dużymi nazwiskami”. No tak, tutaj mamy trafienie za 10 punktów – pierwotną wersję Mann nakręcił w latach 80. na potrzeby amerykańskich kablówek. Łukasz zapiera się, że o tym nie wiedział.  Może on powinien prowadzić tego bloga?

2 / 5

obejrzane w lutym 2010

„Women In Love” (1969)

reż. Ken Russell

3.5 / 5

Obejrzane w grudniu 2009 r.

„The Prestige” (2006)

reż. Christopher Nolan

Cwane: film, który na własnym przykładzie omawia jak zabawiać publiczność. Np. Polański – gdyby uczył się robienia filmów na „Prestiżu”, pewnie w końcu pokazałby kosmate dziecko Rosemary. A chyba nie o to chodzi.

3 / 5
obejrzane 23 stycznia 2010 r.

„The Dark Knight” (2008)

reż. Christopher Nolan

„Doskonałe filmy o niczym” to wąska kategoria, w której nie mieści się dorobek Jima Jarmuscha. Inaczej ostatni Batman. Niektórzy próbowali doprawić mu gębę znaczenia, ale spójrzmy prawdzie w oczy: chaos płonącego miasta (Irak), pogłębiona sylwetka antagonisty, bohaterowie poddani skrajnym sytuacjom – to konteksty, których rozpracowanie nie służy żadnemu innemu celowi, jak dobremu samopoczuciu publiczności. Wszystko rozgrywa się tutaj na poziomie doboru środków – takich, by przez 3 godziny przykuwać uwagę i angażować emocjonalnie. W efekcie widz otrzymuje szczęście, które jest kategorią lepszości. Refleksje zostawmy Jarmuschowi.

4.5 / 5

obejrzane dwukrotnie: w 2008 i 2009 r.

„The Imaginarium Of Doctor Parnassus” (2009)

reż. Terry Gilliam

Jest dla mnie niezrozumiałym, że ten nieogar (diss) o przerośniętej wyobraźni (komplement) współtworzył być może najzabawniejszy artystyczny kolektyw drugiej połowy XX wieku. Jego filmy bywają kultowe („Fear and Loathing in Las Vegas”), poruszające („Brazil”) a czasem nawet dobre („12 monkeys”, o ile pamiętam) ale NIGDY nie są zabawne. Mimo to, przypominam sobie, że część widowni śmiała się z generycznych żartów „Parnassusa”. Pointa należała do mojej dziewczyny: „Trochę się to kupy nie trzyma”.

2 / 5

obejrzane 12 stycznia 2010 r.